zioła i ja

Nawet nie pamiętam kiedy pierwszy raz mnie zachwyciły. Dawno to było na pewno.

Ale jeszcze nie takie żywe, prosto z łąk czy bezdroży. Najpierw z książek Stefani Korżawskiej. Wyzierały całkiem nieznane (no może poza miętą 😉 ), a już moje serce biło do nich mocno. Biblioteczka publikacji dotyczących ziół rozrastała się, a ja, o zgrozo, nadal nie potrafiłam odróżnić w terenie starca jakubka od dziurawca.

Marzyła mi się szkoła zielarska. Poszukiwania w necie, obczytywanie która lepsza… i na tym się kończyło. Aż w końcu los obdarował mnie najpiękniejszą książką o ziołach. W zasadzie to sama się obdarowałam, tylko los mi ją pokazał w internecie: „O czym szumią zioła” Ruty Kowalskiej.

Przekładając stronicę za stronicą dostałam prawie temperatury z ogromu przyjemności, radości i wzruszenia. Język jakim Ruta pisze, zdjęcia i cała oprawa to kunszt najwyższy. Już i natychmiast chciałam do niej jechać na warsztaty. Przyjęła mnie na najbliższe, pomimo iż miała komplet.

Uczyliśmy się robić remedia w kontekście kobiecego zdrowia. Kiedy Ruta przekazywała nam mnóstwo wiedzy teoretycznej dotarło do mnie, że jest tak gigantyczna wiedza, że – aby naprawdę posiąść ją rzetelnie – trzeba zacząć od biegania po łąkach za babcią swoją lub chociaż czyjąś już w wieku przedszkolnym. Nie było mi dane.

Pojawiała mi się jednak myśl, że mogę skupić się na malusieńkim zielarskim kawałku, którym są maści, maceraty olejowe, nalewki ziołowe i żywe octy: wszystko na bazie kilku, może kilkunastu mocarnych ziółek. Na ich temat zaplanowałam poczytać jak najwięcej.

Dzisiaj czekam z cierpliwością na drugi tom książki Ryty i spełniam się w tym, co zamierzyłam.

Moja niewielka plantacja nagietków cieszy moje oczy i serce. Będą super maści!