Alchemia…
W ubiegłym roku udało mi się spełnić swoje marzenie, które dotyczyło uczestnictwa w warsztatach zielarskich. A konkretnie w takich, na których mogłabym nauczyć się wykonywać różne ziołowe remedia wykorzystywane w kosmetyce i dla poprawę samopoczucia.
Po powrocie udało mi się zrobić samodzielnie pierwszą maść. Z mniszka. Miałam go w moim ogrodzie mnóstwo. Kiedy jej użyłam wiedziałam, że nigdy więcej nie użyję żadnego sklepowego kremu. To była miłość od pierwszego dotyku.
Zimą powstała kolejna: z igieł sosnowych, które w tym okresie mają najwięcej witaminy C. Zrobiona na gęsim smalcu wspaniale ratowała dzieci i dorosłych przy męczącym kaszlu.
W tym roku spełniłam kolejne swoje marzenie: dzięki znajomemu, który zrobił mi skrzynki na warzywa, mogłam jedną spożytkować do wysiania nasion nagietka. Powstała dzięki temu mała plantacja – nagietek obrodził bardzo obficie. Z malutkiej części zrobiłam nalewkę, natomiast pozostały materiał macerował się w oleju.
Uwielbiam alchemię w mojej kuchni, kiedy to zioła oddają co mają w sobie najwartościowszego. Dzięki temu mogę stworzyć naprawdę znakomite produkty: żywe octy, maści, maceraty olejowe, ziołowe nalewki dla zdrowotności, naturalne „czyścidła” do zębów.
W trakcie powstawania mikstur świat ziołowy pochłania mnie bez reszty. Towarzyszy mi ogromna przyjemność, wręcz błogostan. W tym czasie niewiele dookoła istnieje. Jestem cała w tworzeniu.
Dzisiaj do maści z mniszka lekarskiego dołączyła ta z nagietka. Jej właściwości są niezwykłe. Nie dziwię się więc, że zdobyła ogromną popularność. Ale chciałabym, aby i ta z mniszka została doceniona.
Moje maści pachną pszczelim woskiem. Prosto z ula wydobywa go dla mnie mój ulubiony dalszy sąsiad. Kiedy przetapiam wosk aby otrzymać czystą jego postać, po całym domu rozprzestrzenia się słodkawa woń, którą trudno pomylić z czymkolwiek, Uwielbiam ten zapach dlatego postanowiłam nie dodawać do wytwarzanych produktów już żadnych olejków aromatycznych. Jeśli ktoś jednak bardzo by chciał, zawsze może rozpuścić maść i dodać kilka kropli takiego, który mu się najbardziej podoba.
Większość przepisów biorę z książki Ryty Kowalskiej „O czym szumią zioła”, z jej strony internetowej „Zioła w pełni” Jedno i drugie jest skarbnicą ogromnej wiedzy. Mam też notatki z warsztatów i tam także zaglądam.
A robienie maści jest naprawdę banalnie proste:
materiałem ziołowym wypełniamy słój. Skrapiamy roślinki alkoholem wysokoprocentowym, zakręcamy pokrywkę i odstawiamy na ok. 15-30 min. Po tym czasie zalewamy wszystko olejem. Ja używam tylko winogronowego. Macerujemy wszystko 3 tygodnie wstrząsając raz dziennie. Po tym czasie macerat jest gotowy do produkcji maści. Dla mnie najlepsza konsystencja wychodzi z proporcji: 5 części maceratu i 1 część wosku. Ale każdy może pokombinować i utworzyć najlepszą dla siebie.
Proste? – proste. Tylko trochę trwa.
Zdecydowanie, zioła uczą cierpliwości.
